Maria Sadowska

 

BIOGRAM:

Pani Maria Sadowska (ur. 3 sierpnia 1946) jest wieloletnią mieszkanką osiedla Wawer. Uczyła się w adoptowanej na cele edukacyjne willi „Dąbrówka” w czasach, kiedy Anin nie miał jeszcze szkoły przy ulicy Kajki. Były to czasy, gdy mleczarz każdego ranka rozwoził mieszkańcom świeże mleko w kankach. Ulica Klimontowska (wówczas Wiejska) była zaś w sezonie zimowym terenem, na którym urządzano kuligi. Zabawy na śniegu mógł obserwować z okna wawerski portrecista, Wacław Piotrowski, malarz z ulicy Uroczej. Pani Maria bywała w jego pracowni. Rodzina artysty posiadała przepiękny dom, po którym niestety nie ma już dziś śladu. Pozostały wspomnienia. Dziś, będąc na emeryturze po zawodzie rehabilitanta, pani Maria mieszka w innej części Warszawy. Jednak Wawer i Anin pozostały dla niej krainą dzieciństwa a obrazy swojej pamięci na szczęście spisuje, gdyż literatura i poezja jest jej wielką pasją. Nadstawmy ucha tej opowieści…

 

JAK ZACZĄĆ MOJĄ OPOWIEŚĆ O WAWRZE?

Jak zacząć moją opowieść o Wawrze? Jak ją zatytułować? Wawer – moja młodość? Wawer i Anin – moja miłość? Wawer – mój Eden na ziemi? Każdy tytuł oddaje uczucia, które miałam i mam do tego miejsca. Każda moja obecność tutaj budzi ciepło w moim sercu.

Jest wiosna, rok 1949. Od tego dnia zaczyna się moja świadoma pamięć. Ciężarówka przywiozła nas, to znaczy mamę, babcię i mnie, i nasz niewielki, ocalały z pożogi palącej się Warszawy dobytek. Przeniosłyśmy się z Szeligów do Wawra. W Szeligach mieszkała ciotka,  która przygarnęła mamę i babcię po zbombardowaniu domu na Towarowej, gdzie mieszkały.

Mam niecałe trzy lata. Pcham wózek dla lalek na trzech kółkach, czym narażam się na śmiech dwójki dzieci siedzących na ławce przed domem, w którym mamy zamieszkać. Są to pierwsze dzieci, które zobaczyłam. Tam, gdzie przebywałam, nie było dzieci. Ten śmiech zrobił na mnie przykre wrażenie, skoro do dziś to pamiętam. Ale zauważyłam jednak kwitnący bez, który na długo stał się moim ulubionym kwiatem, tak jak później kaczeńce.

Zaczęły się słodko-gorzkie dni. Zamieszkałyśmy w domu, który miał gospodarzy, ale ówczesne władze dokwaterowywały do ich domów ludzi, którzy stracili dach nad głową w czasie wojny, a później realizowały politykę socjalną tamtego ustroju: zabrać „bogatym”, dać biedocie. W tym domu, w którym dane mi było mieszkać, było kilka rodzin, o różnym statusie społecznym i różnym poziomie intelektualnym. Podzielono dom na małe mieszkanka, połączone np. wspólnym przedpokojem. W specyficzny sposób łączyło to rodziny, ale często w patologiczny sposób. Narastały animozje, pretensje, nieporozumienia, plotki. Bywały i zawieszenia broni, ale na krótko. Jednak w trudnych momentach, można było spodziewać się pomocy sąsiedzkiej.

Babcia szybko odkryła aniński las, gdzie spędzała ze mną dużo czasu. Odkrywałam przyrodę, tę ciszę i ten szum drzew, śpiew ptaków i radość ze znalezionego grzyba i spotkanej wiewiórki. Odkrywałam smak wolności. Miałam dużo swobody. Dom był ogrodzony, więc dzieci spędzały na podwórku, bez nadzoru dorosłych, dużo czasu. Dni biegły i przyszedł czas na przedszkole. Najpierw na granicy Anina i Wawra, bliżej stacji Wawer, w pięknym, przedwojennym budynku przypominającym pałac. Byłam tam krótko, przedszkole przeniesiono do Anina, w okolice stacji Anin. Bardzo mi było tam źle. Leżakowanie z zaciśniętymi oczami, bo pani krzyczała, gdy je otwierałam. Codziennie obrzydliwy tran, też miał udział w mojej decyzji. Walka o lepsze zabawki była mi obca, w domu miałam swoje ukochane. No i szczepienie, zapowiedziane któregoś dnia. Tak to ja cztero i pół letnia dziewczynka uciekłam z przedszkola, z Anina do Wawra, jakieś 2 km.

Przygody, które stały się moim udziałem, pamiętam do dziś. To nie jedyna moja ucieczka – mając siedem lat uciekłam z kolonii, z warunków, które oceniłam jako dużo gorsze niż te, które miałam w domu w Wawrze. Zorganizowałam tę ucieczkę profesjonalnie, nie będę się jednak o niej dużo rozwodziła, bo ważna jest pointa. Gdy mama bardzo zagniewana, odebrała mnie z Dworca Głównego i zagroziła mi srogimi karami, wysiadając z pociągu elektrycznego na stacji Wawer najszczerzej zakomunikowałam „O mój ty kochany Wawerku, ja cię nigdy nie opuszczę”.

Niestety, życie ma swoje prawa, ale wracam do historii z Wawra. Życie tu było ciekawe, pełne rodzajowych scenek. Oto jedna z nich: widziałam, jak z sąsiedniego domu, również pełnego dokoptowanych lokatorów, ale stojącego niżej w hierarchii niż nasz, myślę, że chodziło o zamożność i ambicje ludzi tu mieszkających oraz status samego budynku, jego wyglądu i otoczenia. Byłam wyczulona na te zależności, choć nikt ze mną o tym nie rozmawiał. A więc z tego opisanego domu po głośnej awanturze, myślę, że o przepite przez pana domu pieniądze, wypadała pani Wikta w odświętnej chustce na głowie, z odświętną torebką, zawieszoną na zgiętej ręce, co znamionowało strój wyjątkowo oficjalny i unoszona emocjami, szybko zmierzała w stronę torów kolejowych. Wszyscy wiedzieli, że oto pani Wikta idzie się rzucić pod pociąg. Powtarzało się to w odstępach kilkumiesięcznych z uchwytną regularnością.

Wszyscy znali się dobrze i znali rytuały określające styl danej rodziny. Było takie okno, z którego często dobywał się wrzask, zatrzymujący przechodniów. My dzieci wyjaśniałyśmy, że to nic takiego, to tylko Ani stawiają bańki. Wtedy było to panaceum na dziecięce choroby.

Dwa budynki dalej znajdował się dom, zdobny w kamienne tablice, z łacińskimi napisami, które w tłumaczeniu brzmiały „Jak dobrze jest żyć i umierać za ojczyznę”. Dom był parterowy, dość długi, porośnięty dzikim winem. Przed nim stał kamienny duży stół, ława i studnia, a nad wszystkim górował rozłożysty kasztan. Mieszkał tu artysta-malarz, pan Wacław Piotrowski z rodziną. Zaprzyjaźniłam się z jego żoną, wspaniałą paną Lucy, która również w młodości studiowała malarstwo, ale zrezygnowała i poświęciła się rodzinie. Czy ja się zaprzyjaźniłam? To raczej ona ze mną, małą pięcioletnią dziewczynką. Mieli oni dwie córki, Madzię i Izę, które już studiowały. Pani Lucy, piękna, mimo dojrzałego wieku, kojarzyła mi się z wróżką, w długich sukniach, z mantylką zarzuconą na ramiona. Inny świat od tego, w którym przyszło mi żyć. Dom z duszą, pokoje umeblowane antykami, które ocalały sprzed wojennych lat, kominek, w którym niestety nigdy nie widziałam ognia, okiennice, które na noc zamykano, kuchnia z wejściem na strych i do spiżarni, pełna przypraw i zatłoczona, dziś już nie wiem czym, robiła wrażenie przybytku czarownicy. Dom był otoczony wiśniowym sadem, był tu także schron, z którego zimą zjeżdżało się na sankach. Cudny świat, o ileż ciekawszy niż przedszkole z rozwrzeszczanymi dziećmi. Dzikie wino i drzewa izolowały dom od ulicy. Była tu prywatność i poczucie bezpieczeństwa, które było mi potrzebne. Wciąż słyszałam opowieści o wojnie, o żołnierzach odbierających dzieci matkom. Pani Lucy przygarnęła tę moją wrażliwą osobowość, nawiązała się między nami nić sympatii. Miałam tu spokój, prywatność, kontakt z pięknem, który mogłam celebrować, i z ludźmi o określonej tożsamości i o dużej kulturze. Chłonęłam ten świat, słuchając opowieści z ich życia, wiedziałam, że jestem tu jednak gościem i tylko w wyobraźni znikał dystans i zmieniałam się w maleńką panią wielkiego domu.

Pan Wacław Piotrowski miał swoje lata świetności: 1919-1922 w Paryżu, dostrzeżono go również w Londynie, w Warszawie święciły triumfy jego pejzaże z Wenecji. Pewnego razu poprosił mnie o pozowanie i tak powstał mój portret, niestety nie jest w moim posiadaniu. Spędziłam z nimi kilka lat, oddalając się od problemów naszej rodziny, od dusznej atmosfery wynikającej z warunków, w których żyli ludzie przypadkowo skupieni na niewielkim metrażu, nieufający sobie nawzajem. Mama słuchała radia Wolna Europa umieszczając radio w szufladzie komody i przytulając ucho do małej szpary.

Wreszcie szkoła. Droga do szkoły, a ściślej ze szkoły (więcej czasu), prowadziła koło dużego domu, a nawet bardzo dużego, jak na Anin w 1953 roku. Dom jest otoczony płotem, z ściśle do siebie przylegających desek. Ale od czego są sęki? Wypadają one i tworzy się okrągły otwór, akurat na moje oko. Na dziedzińcu, przed tym domem, widzę przyrządy gimnastyczne, łęki, kozły itp. Na tych przyrządach ćwiczą młodzi mężczyźni, dowiaduję się, że są to koszary, a ćwiczący to żołnierze radzieccy.

W podstawówce anińskiej miałam to szczęście, że w większości nauczycielami byli ci przedwojenni, po podpisaniu tzw. lojalki. Na lekcjach bywali jednak sobą i przekazywali, nam, uczniom, wartości ponadczasowe.

Uczestniczyłam w życiu dwóch światów. Świat dziewczynki wrażliwej na tajemnice domu i życia artysty, znajdującej tu intymność i odrębność, która była udziałem ludzi, posiadających pozycję w społeczeństwie, popartą wykształceniem zdobytym na przedwojennych uczelniach, pielęgnujących wartości i zachowujących swoją tożsamość. W Aninie takich enklaw było sporo, a Wawrze mniej. Nie mogę nie wspomnieć o ważnej dla mnie postaci p.dr Hellmana .Chodziłam z jego dziećmi do szkoły.W wieku 11 lat zachorowałam. Leżałam w łóżku już chyba ze dwa miesiące szpikowana antybiotykami i panodiną. Sądząc po łzach mamy i spełnianiu moich życzeń sprawa była poważna. Uradzono że trzeba wezwać dr.Hellmana .Cieszył się On dużym poważaniem jako lekarz i jako  człowiek. Choć nie był pediatrą podjął się leczenia mnie i wyzdrowiałam. Zajęło to trochę czasu bo byłam bardzo wycieńczona. Będąc już przy temacie medycznym wspomnę dr.Jastrzębskiego pediatrę, który wyleczył mnie 5 letną  niejadkę. Zaordynował 3 dniową głodówkę bez taryfy ulgowej, dostawałam jedynie herbatkę z rumianku. ’’ Anoreksja’’ minęła bez śladu.

W mojej klasie była dziewczynka, której ojciec zajmował się ogrodem przy domu, w którym mieszkał Julian Tuwim. Chodziłam tam z nią. W efekcie „Kwiaty Polskie”, nie mówiąc o wszystkich wierszach dla dzieci, stały się moja ulubioną lekturą. A w ogóle czytanie było moją pasją, moją i mojej mamy. Babcia się złościła, bo my zanurzając się w lekturze, zapominałyśmy o bożym świecie.

A wspomniany przez mnie ten drugi świat? To zagubieni, biedni ludzie, którzy nie umieli lub nie mieli potrzeby, walczyć o siebie. Jak mówił partner, a później mąż mojej mamy „czarna masa”. Ale przecież byt kształtuje świadomość... Ten podział był bardzo wyraźny.

Oto Anin i Wawer mojego dzieciństwa. Był tu też mój Eden. Dwieście metrów za rzędem brzydkich domków jednorodzinnych przy ul. Polnej, szło się wśród łanów żyta, z niebieszczącymi się w nim chabrami i dochodziło się do pięknej łąki, z bujną trawą, pełnej jaskrów, dzikich goździków i kwiatków zwanych pantofelkami Matki Boskiej. Tę łąkę przecinał kanałek, przy brzegach którego, rosły niezapominajki i kaczeńce. Zanurzałam się w tę przyrodę i oddychałam wolnością. Musiałam uważać, żeby nie przekroczyć umownej granicy, gdzie królował gąsior pana Gąsiora. Był to strażnik posesji, krążyły o nim wśród dzieci straszne opowieści. Syczał, gonił do upadłego i szczypał w nogi.

Z dziecięcych straszaków wymienię jeszcze dom Baby Jagi. Mieszkałam na ul. Klimontowskiej, dawna Wiejska. Na końcu tej ulicy stał drewniany dom w poprzek do ulicy, był taką zaporą miedzy ulicą a szosą i torami kolejowymi. Ktoś z dorosłych wpadł na pomysł, żeby umieścić w tym domu Babę  Jagę, przed którą tamte dzieci, łącznie ze mną, czuły duży respekt. Nie zbliżały się do tego domu, a co za tym idzie, do szosy i do torów. Ten dom istnieje do dzisiaj.

Dużo osób pyta, czy w Wawrze istniało rzemiosło. Tak rzeczywiście, przypominam sobie. Na ulicy Klimontowskiej zbudowano prywatną fabryczkę, vis-a-vis domu malarza p.Wacława Piotrowskiego. Fabryczka szpeciła bardzo tę spokojną i zieloną ulicę. Ta fabryka i jej otoczenie, była dla mnie takim dysonansem, że nie zainteresowałam się nigdy, co tam produkowano.

Bardziej zrozumiałe z racji normalnego życia były tzw. usługi dla ludności. W domu, w którym mieszkałam największy metraż uzyskali, chyba na pocieszenie, prawowici właściciele domu. Był on na tyle duży, że w jednym z pomieszczeń zmieściło się duże urządzenie z korbą i podgrzewanymi prądem wałkami, czyli profesjonalny ręczny magiel. Przychodziły tu kobiety z upraną bielizną i osobiście ją maglowały. Bardzo dobrze rozumiem, krążące do dziś powiedzenie, określające chaotyczne opowieści, wiadomości z drugiej ręki podszyte plotką, powierzchowne oceny, po prostu „magiel towarzyski”.

Były krawcowe. „Moja” szyła mi ładne ubrania, nieraz je projektowałam. Tak było ze szkolnym fartuszkiem, który różnił się od kupnych, innym, jaśniejszym odcieniem granatu i miał lekki, pełen wdzięku krój. Stał się „solą w oku” rusycystki, która wzywała na rozmowę moją mamę, a potem niewybrednie komentowała tę rozmowę na lekcji. Szczerze jej nie znosiłam, zatruła mi tamte lata.

Co pewien czas na naszej ulicy ukazywały się sylwetki osób, na krótko rozpraszających monotonię dnia codziennego. Zbliżała się oto pani Murawska, kobieta o zmęczonym chodzie, nosząca tzw. starzyznę. To znaczy nie nowe już ubrania, najczęściej z paczek z USA. Miały te ubrania specyficzny zapach, mieszanina perfum i zapach czasu, kiedy to służyły komuś innemu. W związku z tym, że nie było sklepów z ubraniami, miały powodzenie. A zresztą były bardzo często gustowne. Od czasu do czasu, jechało się w okolice Dworca Wschodniego na „ciuchy”. Tu było Eldorado dla wszystkich pań, którym moda nie była obojętna.

Od czasu do czasu ukazywała się sylwetka pana ze sporą maszyną na ramieniu, służącą do ostrzenia noży. Gospodynie wynosiły z mieszkań noże i nożyczki, a pan stawiał maszynę na ziemi, naciskał pedał i wśród sypiących się iskier, noże odzyskiwały dawną ostrość.

Osoba pani Marii Plutowej kojarzyła się już gorzej. Pani ta robiła dzieciom zastrzyki z penicyliny. Mnie również to nie ominęło. A co rano rozlegał się stukot kół i powożąc furą zajeżdżała pani Czerwińska z Zerznia, ze świeżym mlekiem. Wychodziło się z naczyniem i pani Czerwińska odmierzała specjalnym garnuszkiem potrzebną ilość. W zimie wykorzystywaliśmy jej pojazd do kuligów. Przyczepialiśmy sanki do wozu i jazda! Choć z częstymi przystankami.

W całym Wawrze była jedna pani zwana repasaczką, która podnosiła oczka w nylonowych pończochach. Często biegałam z nylonami mamy, a później ze swoimi.

Było też dużo atrakcji: górka Delmacha – pamiętam zimowy wieczór, gdy ojciec w przypływie dobrego humoru, poszedł ze mną na tę górę. Śnieg skrzył się jak diamentowy pył. Zjeżdżaliśmy z tej góry z czarny las.

Ruiny domu i zdziczały ogród nazywany „u Wilkosi” był miejscem naszych zabaw na powietrzu. Były to podchody, gąski do domu, zbijak i gra w klasy.

Atrakcją było także obserwowanie z niezabudowanego pola, jak rósł Pałac Kultury. Jedyna cukiernia za stacją Wawer cieszyła się powodzeniem, najczęściej w niedziele. Kolejna atrakcja to krem jadany tylko w zimie, który tężał na śniegu, nie było przecież lodówek. Odpust w Aninie, gdzie moim dziecięcym marzeniem było wygranie domku obsypanego kruszonym lustrem, stojącego na szczycie kręconego stoliczka, niestety nie udało mi się to. Wygrywałam piłeczki na gumce lub ten przysłowiowy złoty pierścionek z niebieskim oczkiem na szczęście. O otwarciu Kina Wrzos nie będę pisała, ale było to wielkie wydarzenie. Do tej pory najbliższym kinem było Kino 1 Maj na Podskarbińskiej, gdzie rodzice wozili dzieci na poranki.

Po zdaniu egzaminów do liceum, które mieściło się w tym samym budynku, co podstawówka, przy ul. Kajki, moje życie związałam ze szkołą. Tutaj nawiązałam przyjaźnie, sympatie, coraz częściej wyruszałam do Śródmieścia. Lubiłam Nowy Świat, Stare Miasto, kluby studenckie, ale to w Wawrze spotkałam swoją pierwszą miłość i wyszłam za mąż. Rodzina męża także mieszkała w swojej willi w Wawrze, do której wprowadzili się przydzieleni przez urząd lokatorzy. Dziadek Pacewicz, z którym rodzina męża się zaprzyjaźniła, przychodził w sobotę na brydża. Grywało się całą noc. Był to ponad osiemdziesięcioletni mężczyzna, który wskoczył do jeziora i odciął uprząż od wozu, który potoczył się po spadzistym brzegu i zepchnął do jeziora konia, zaprzężonego do niego. Koń się uratował. O zdarzeniu wszyscy pamiętali i ze względu na zaawansowany wiek jak i odwagę , traktowali dziadka Pacewicza, jak bohatera.

Babcia męża przechowywała w czasie wojny Żydówkę. W związku z tym została zaproszona do posadzenia drzewka w Izraelu. Siostra męża wyszła za mąż za członka zespołu Vox i w ich domu na Jabłecznej powstało studio nagrań. My wyprowadziliśmy się z Wawra na warszawskie Bielany, gdzie mieszkam do dziś. Tu urodził się mój syn. Zauroczona nowością i życiem wielkomiejskim, a potem porwana przez dorosłe życie, które nie szczędziło mi wzlotów i upadków, nigdy nie zapomniałam o Wawrze i Aninie. Tu przecież uczyłam się kochać mój kraj, zrozumiałam w którymś momencie, że to wawerskie żyto, niezapominajki i kaczeńce, i ten dom z łacińskimi napisami, i wiśniowy sad, ten aniński las i ludzie serdeczni, których tu spotkałam, że to wszystko pozostało w moim sercu, że to wszystko i ja to jedno.

Warto odwiedzić