Janina Miksiewicz

 

 

 

BIOGRAM:

Pani Janina (ur. 25 kwietnia 1928) pochodzi z rodziny kupieckiej z okolic Lwowa. Tam, gdzie między szybami naftowymi a zielonym bieszczadzkim lasem biegnie historyczny szlak przełęczą przez góry do Słowacji. Tamtejsza kraina była domem dla wielu, żyjących w zgodzie obok siebie narodowości. Do czasu. Nasz bohaterka pamięta ten ciepły wrzesień, kiedy na ich werandzie zamieszkał Niemiec, równie dobrze, jak gdy pewien przystojny Ukrainiec spojrzał w jej okno po raz ostatni. W czasie wojny, kiedy w Krakowie uczyła się do matury, pod oknem niemieckie wojska zmieniały już linię okopów. Po wyzwoleniu udał się do Warszawy, gdzie mieszka już 60 lat. Na ostatnim spotkaniu pani Barbara rysowała dla nas na mapie obszar falenickiego getta. Gdy pani Janka pojawiła się w Falenicy, cały ten obszar był usypany gruzami i pyłem, który wciąż wsypywał się do butów. Miała więc okazję obserwować, jak życie wracało powoli w te strony.

 

FRAGMENT OPOWIEŚCI:

 „Pamiętam, że ja się tutaj wprowadziłam jesienią. Jeszcze koło mnie były nieuporządkowane podwórka i tak dalej, bo to były świeżo postawione domy. A vis-a-vis był taki gaik pełen brzóz. Już tego nie ma, tam trzy brzozy zostały, stoi teraz tam lecznica dobudowana. I w każdym razie mój ojciec wszedł w to podwórko, tak się rozejrzał i mówi: „Ojej! Jak tu smutno!” Ja nic nie mówiłam mu o Falenicy i ja nic nie wiedziałam. Ojciec mimo swojego zawodu dość takiego dziwnego, nie takiego znowu delikatnego, jednak był człowiekiem wrażliwym i tak nic nie wiedząc się zorientował. Ja dalej nic nie wiedziałam. Ojciec wyjechał. Za rok czy za dwa, przyszedł listonosz na moje imieniny – ja jestem 24 czerwiec – i on mi powiedział, że tu było getto. A ja się dziwiłam. Myślę sobie, co tu robi ta stacja. Jak ja szłam do Kościoła w lecie, to ja musiałam kilka razy wysypywać z sandałów proch, bo tu w ogóle było pusto. Tak się zaczęła Falenica”.

 

Warto odwiedzić