Bohdan Śmigielski

 

Biogram


Pan Bohdan Śmigielski przyszedł na świat w roku 1926 w jednym z najstarszych miast w Polsce - Śremie w Wielkopolsce. Jego rodzina posiadała dobrze prosperujący młyn. Od kiedy jako młody mężczyzna przekroczył jego próg, by pomóc wujkowi w gospodarowaniu, całe swoje dalsze życie związał z przemysłem młynarskim. W czasie wojny nieruchomość przejęli Niemcy, ale pan Bohdan nadal pełnił nad nim pośrednio pieczę. Jego brat natomiast brał udział w działaniach dywersyjnych oddziałów walki narodowowyzwoleńczej. Został zastrzelony przez okupantów w połowie wojny podczas jednej z akcji. Pomimo wielu niebezpiecznych sytuacji, udało się panu Bohdanowi przetrwać okupację. Młyn był dla Niemców cenny. Niestety po zakończeniu II Wojny Światowej nie udało się odzyskać dawnego majątku. Toteż w roku 1949 pan Bohdan przeniósł się do Warszawy, w której mieszkał początkowo z żydowską rodziną w Śródmieściu. Pracował w biurze projektów spichrzowych młynów i jako przedstawiciel niemieckich fabryk młyńskich. Do Falenicy trafił dopiero w 1965 roku i osiadł w niewielkim domu wśród zieleni. Dziś siedząc w fotelu chętnie opowiada o losach swojej rodziny i ukochanej wielkopolskiej miejscowości. 

 

Fragment opowieści:

„Ja wróciłem z koszar… Jeszcze poszedłem tam do jednej piekarni zainkasować pieniądze za dostarczoną mąkę. A to Polak piekarz tam był, bo ta jego szefowa Niemka uciekła też. Niemiec był powołany do wojska. I mówi tak: „Jak ja mam panu płacić pieniądze za mąkę? Niech pan zobaczy! Co chwilę ktoś wleci, chwyta bochenek chleba i wychodzi. I nic nie mówią!” to ja takiego tam, co miał wypisane, że Dywizjon Hermann Goering. Była taka dywizja, ona została rozbita gdzieś na magistracie węglowej, zdaje mi się. Tam ich więcej przechodziło takich. Ale taki wszedł i bierze! To ja mówię: „Halo! Tak nie można! Ja tu jestem z młyna. Przyszedłem po pieniądze. Ten nie może mi wypłacić, bo wy bierzecie tylko za darmo. Nie ma już tego urzędu, co kartki rozdawał żywnościowe. To już nie jest wymagane, bo tu jest już front. Ale zapłacić trzeba!” Wyjął dziesięć marek, mówi: „Za siebie i za kolegów płacę”. I wyszedł.”

 

Maria Sadowska

 

BIOGRAM:

Pani Maria Sadowska (ur. 3 sierpnia 1946) jest wieloletnią mieszkanką osiedla Wawer. Uczyła się w adoptowanej na cele edukacyjne willi „Dąbrówka” w czasach, kiedy Anin nie miał jeszcze szkoły przy ulicy Kajki. Były to czasy, gdy mleczarz każdego ranka rozwoził mieszkańcom świeże mleko w kankach. Ulica Klimontowska (wówczas Wiejska) była zaś w sezonie zimowym terenem, na którym urządzano kuligi. Zabawy na śniegu mógł obserwować z okna wawerski portrecista, Wacław Piotrowski, malarz z ulicy Uroczej. Pani Maria bywała w jego pracowni. Rodzina artysty posiadała przepiękny dom, po którym niestety nie ma już dziś śladu. Pozostały wspomnienia. Dziś, będąc na emeryturze po zawodzie rehabilitanta, pani Maria mieszka w innej części Warszawy. Jednak Wawer i Anin pozostały dla niej krainą dzieciństwa a obrazy swojej pamięci na szczęście spisuje, gdyż literatura i poezja jest jej wielką pasją. Nadstawmy ucha tej opowieści…

 

JAK ZACZĄĆ MOJĄ OPOWIEŚĆ O WAWRZE?

Jak zacząć moją opowieść o Wawrze? Jak ją zatytułować? Wawer – moja młodość? Wawer i Anin – moja miłość? Wawer – mój Eden na ziemi? Każdy tytuł oddaje uczucia, które miałam i mam do tego miejsca. Każda moja obecność tutaj budzi ciepło w moim sercu.

Jest wiosna, rok 1949. Od tego dnia zaczyna się moja świadoma pamięć. Ciężarówka przywiozła nas, to znaczy mamę, babcię i mnie, i nasz niewielki, ocalały z pożogi palącej się Warszawy dobytek. Przeniosłyśmy się z Szeligów do Wawra. W Szeligach mieszkała ciotka,  która przygarnęła mamę i babcię po zbombardowaniu domu na Towarowej, gdzie mieszkały.

Mam niecałe trzy lata. Pcham wózek dla lalek na trzech kółkach, czym narażam się na śmiech dwójki dzieci siedzących na ławce przed domem, w którym mamy zamieszkać. Są to pierwsze dzieci, które zobaczyłam. Tam, gdzie przebywałam, nie było dzieci. Ten śmiech zrobił na mnie przykre wrażenie, skoro do dziś to pamiętam. Ale zauważyłam jednak kwitnący bez, który na długo stał się moim ulubionym kwiatem, tak jak później kaczeńce.

Zaczęły się słodko-gorzkie dni. Zamieszkałyśmy w domu, który miał gospodarzy, ale ówczesne władze dokwaterowywały do ich domów ludzi, którzy stracili dach nad głową w czasie wojny, a później realizowały politykę socjalną tamtego ustroju: zabrać „bogatym”, dać biedocie. W tym domu, w którym dane mi było mieszkać, było kilka rodzin, o różnym statusie społecznym i różnym poziomie intelektualnym. Podzielono dom na małe mieszkanka, połączone np. wspólnym przedpokojem. W specyficzny sposób łączyło to rodziny, ale często w patologiczny sposób. Narastały animozje, pretensje, nieporozumienia, plotki. Bywały i zawieszenia broni, ale na krótko. Jednak w trudnych momentach, można było spodziewać się pomocy sąsiedzkiej.

Babcia szybko odkryła aniński las, gdzie spędzała ze mną dużo czasu. Odkrywałam przyrodę, tę ciszę i ten szum drzew, śpiew ptaków i radość ze znalezionego grzyba i spotkanej wiewiórki. Odkrywałam smak wolności. Miałam dużo swobody. Dom był ogrodzony, więc dzieci spędzały na podwórku, bez nadzoru dorosłych, dużo czasu. Dni biegły i przyszedł czas na przedszkole. Najpierw na granicy Anina i Wawra, bliżej stacji Wawer, w pięknym, przedwojennym budynku przypominającym pałac. Byłam tam krótko, przedszkole przeniesiono do Anina, w okolice stacji Anin. Bardzo mi było tam źle. Leżakowanie z zaciśniętymi oczami, bo pani krzyczała, gdy je otwierałam. Codziennie obrzydliwy tran, też miał udział w mojej decyzji. Walka o lepsze zabawki była mi obca, w domu miałam swoje ukochane. No i szczepienie, zapowiedziane któregoś dnia. Tak to ja cztero i pół letnia dziewczynka uciekłam z przedszkola, z Anina do Wawra, jakieś 2 km.

Przygody, które stały się moim udziałem, pamiętam do dziś. To nie jedyna moja ucieczka – mając siedem lat uciekłam z kolonii, z warunków, które oceniłam jako dużo gorsze niż te, które miałam w domu w Wawrze. Zorganizowałam tę ucieczkę profesjonalnie, nie będę się jednak o niej dużo rozwodziła, bo ważna jest pointa. Gdy mama bardzo zagniewana, odebrała mnie z Dworca Głównego i zagroziła mi srogimi karami, wysiadając z pociągu elektrycznego na stacji Wawer najszczerzej zakomunikowałam „O mój ty kochany Wawerku, ja cię nigdy nie opuszczę”.

Niestety, życie ma swoje prawa, ale wracam do historii z Wawra. Życie tu było ciekawe, pełne rodzajowych scenek. Oto jedna z nich: widziałam, jak z sąsiedniego domu, również pełnego dokoptowanych lokatorów, ale stojącego niżej w hierarchii niż nasz, myślę, że chodziło o zamożność i ambicje ludzi tu mieszkających oraz status samego budynku, jego wyglądu i otoczenia. Byłam wyczulona na te zależności, choć nikt ze mną o tym nie rozmawiał. A więc z tego opisanego domu po głośnej awanturze, myślę, że o przepite przez pana domu pieniądze, wypadała pani Wikta w odświętnej chustce na głowie, z odświętną torebką, zawieszoną na zgiętej ręce, co znamionowało strój wyjątkowo oficjalny i unoszona emocjami, szybko zmierzała w stronę torów kolejowych. Wszyscy wiedzieli, że oto pani Wikta idzie się rzucić pod pociąg. Powtarzało się to w odstępach kilkumiesięcznych z uchwytną regularnością.

Wszyscy znali się dobrze i znali rytuały określające styl danej rodziny. Było takie okno, z którego często dobywał się wrzask, zatrzymujący przechodniów. My dzieci wyjaśniałyśmy, że to nic takiego, to tylko Ani stawiają bańki. Wtedy było to panaceum na dziecięce choroby.

Dwa budynki dalej znajdował się dom, zdobny w kamienne tablice, z łacińskimi napisami, które w tłumaczeniu brzmiały „Jak dobrze jest żyć i umierać za ojczyznę”. Dom był parterowy, dość długi, porośnięty dzikim winem. Przed nim stał kamienny duży stół, ława i studnia, a nad wszystkim górował rozłożysty kasztan. Mieszkał tu artysta-malarz, pan Wacław Piotrowski z rodziną. Zaprzyjaźniłam się z jego żoną, wspaniałą paną Lucy, która również w młodości studiowała malarstwo, ale zrezygnowała i poświęciła się rodzinie. Czy ja się zaprzyjaźniłam? To raczej ona ze mną, małą pięcioletnią dziewczynką. Mieli oni dwie córki, Madzię i Izę, które już studiowały. Pani Lucy, piękna, mimo dojrzałego wieku, kojarzyła mi się z wróżką, w długich sukniach, z mantylką zarzuconą na ramiona. Inny świat od tego, w którym przyszło mi żyć. Dom z duszą, pokoje umeblowane antykami, które ocalały sprzed wojennych lat, kominek, w którym niestety nigdy nie widziałam ognia, okiennice, które na noc zamykano, kuchnia z wejściem na strych i do spiżarni, pełna przypraw i zatłoczona, dziś już nie wiem czym, robiła wrażenie przybytku czarownicy. Dom był otoczony wiśniowym sadem, był tu także schron, z którego zimą zjeżdżało się na sankach. Cudny świat, o ileż ciekawszy niż przedszkole z rozwrzeszczanymi dziećmi. Dzikie wino i drzewa izolowały dom od ulicy. Była tu prywatność i poczucie bezpieczeństwa, które było mi potrzebne. Wciąż słyszałam opowieści o wojnie, o żołnierzach odbierających dzieci matkom. Pani Lucy przygarnęła tę moją wrażliwą osobowość, nawiązała się między nami nić sympatii. Miałam tu spokój, prywatność, kontakt z pięknem, który mogłam celebrować, i z ludźmi o określonej tożsamości i o dużej kulturze. Chłonęłam ten świat, słuchając opowieści z ich życia, wiedziałam, że jestem tu jednak gościem i tylko w wyobraźni znikał dystans i zmieniałam się w maleńką panią wielkiego domu.

Pan Wacław Piotrowski miał swoje lata świetności: 1919-1922 w Paryżu, dostrzeżono go również w Londynie, w Warszawie święciły triumfy jego pejzaże z Wenecji. Pewnego razu poprosił mnie o pozowanie i tak powstał mój portret, niestety nie jest w moim posiadaniu. Spędziłam z nimi kilka lat, oddalając się od problemów naszej rodziny, od dusznej atmosfery wynikającej z warunków, w których żyli ludzie przypadkowo skupieni na niewielkim metrażu, nieufający sobie nawzajem. Mama słuchała radia Wolna Europa umieszczając radio w szufladzie komody i przytulając ucho do małej szpary.

Wreszcie szkoła. Droga do szkoły, a ściślej ze szkoły (więcej czasu), prowadziła koło dużego domu, a nawet bardzo dużego, jak na Anin w 1953 roku. Dom jest otoczony płotem, z ściśle do siebie przylegających desek. Ale od czego są sęki? Wypadają one i tworzy się okrągły otwór, akurat na moje oko. Na dziedzińcu, przed tym domem, widzę przyrządy gimnastyczne, łęki, kozły itp. Na tych przyrządach ćwiczą młodzi mężczyźni, dowiaduję się, że są to koszary, a ćwiczący to żołnierze radzieccy.

W podstawówce anińskiej miałam to szczęście, że w większości nauczycielami byli ci przedwojenni, po podpisaniu tzw. lojalki. Na lekcjach bywali jednak sobą i przekazywali, nam, uczniom, wartości ponadczasowe.

Uczestniczyłam w życiu dwóch światów. Świat dziewczynki wrażliwej na tajemnice domu i życia artysty, znajdującej tu intymność i odrębność, która była udziałem ludzi, posiadających pozycję w społeczeństwie, popartą wykształceniem zdobytym na przedwojennych uczelniach, pielęgnujących wartości i zachowujących swoją tożsamość. W Aninie takich enklaw było sporo, a Wawrze mniej. Nie mogę nie wspomnieć o ważnej dla mnie postaci p.dr Hellmana .Chodziłam z jego dziećmi do szkoły.W wieku 11 lat zachorowałam. Leżałam w łóżku już chyba ze dwa miesiące szpikowana antybiotykami i panodiną. Sądząc po łzach mamy i spełnianiu moich życzeń sprawa była poważna. Uradzono że trzeba wezwać dr.Hellmana .Cieszył się On dużym poważaniem jako lekarz i jako  człowiek. Choć nie był pediatrą podjął się leczenia mnie i wyzdrowiałam. Zajęło to trochę czasu bo byłam bardzo wycieńczona. Będąc już przy temacie medycznym wspomnę dr.Jastrzębskiego pediatrę, który wyleczył mnie 5 letną  niejadkę. Zaordynował 3 dniową głodówkę bez taryfy ulgowej, dostawałam jedynie herbatkę z rumianku. ’’ Anoreksja’’ minęła bez śladu.

W mojej klasie była dziewczynka, której ojciec zajmował się ogrodem przy domu, w którym mieszkał Julian Tuwim. Chodziłam tam z nią. W efekcie „Kwiaty Polskie”, nie mówiąc o wszystkich wierszach dla dzieci, stały się moja ulubioną lekturą. A w ogóle czytanie było moją pasją, moją i mojej mamy. Babcia się złościła, bo my zanurzając się w lekturze, zapominałyśmy o bożym świecie.

A wspomniany przez mnie ten drugi świat? To zagubieni, biedni ludzie, którzy nie umieli lub nie mieli potrzeby, walczyć o siebie. Jak mówił partner, a później mąż mojej mamy „czarna masa”. Ale przecież byt kształtuje świadomość... Ten podział był bardzo wyraźny.

Oto Anin i Wawer mojego dzieciństwa. Był tu też mój Eden. Dwieście metrów za rzędem brzydkich domków jednorodzinnych przy ul. Polnej, szło się wśród łanów żyta, z niebieszczącymi się w nim chabrami i dochodziło się do pięknej łąki, z bujną trawą, pełnej jaskrów, dzikich goździków i kwiatków zwanych pantofelkami Matki Boskiej. Tę łąkę przecinał kanałek, przy brzegach którego, rosły niezapominajki i kaczeńce. Zanurzałam się w tę przyrodę i oddychałam wolnością. Musiałam uważać, żeby nie przekroczyć umownej granicy, gdzie królował gąsior pana Gąsiora. Był to strażnik posesji, krążyły o nim wśród dzieci straszne opowieści. Syczał, gonił do upadłego i szczypał w nogi.

Z dziecięcych straszaków wymienię jeszcze dom Baby Jagi. Mieszkałam na ul. Klimontowskiej, dawna Wiejska. Na końcu tej ulicy stał drewniany dom w poprzek do ulicy, był taką zaporą miedzy ulicą a szosą i torami kolejowymi. Ktoś z dorosłych wpadł na pomysł, żeby umieścić w tym domu Babę  Jagę, przed którą tamte dzieci, łącznie ze mną, czuły duży respekt. Nie zbliżały się do tego domu, a co za tym idzie, do szosy i do torów. Ten dom istnieje do dzisiaj.

Dużo osób pyta, czy w Wawrze istniało rzemiosło. Tak rzeczywiście, przypominam sobie. Na ulicy Klimontowskiej zbudowano prywatną fabryczkę, vis-a-vis domu malarza p.Wacława Piotrowskiego. Fabryczka szpeciła bardzo tę spokojną i zieloną ulicę. Ta fabryka i jej otoczenie, była dla mnie takim dysonansem, że nie zainteresowałam się nigdy, co tam produkowano.

Bardziej zrozumiałe z racji normalnego życia były tzw. usługi dla ludności. W domu, w którym mieszkałam największy metraż uzyskali, chyba na pocieszenie, prawowici właściciele domu. Był on na tyle duży, że w jednym z pomieszczeń zmieściło się duże urządzenie z korbą i podgrzewanymi prądem wałkami, czyli profesjonalny ręczny magiel. Przychodziły tu kobiety z upraną bielizną i osobiście ją maglowały. Bardzo dobrze rozumiem, krążące do dziś powiedzenie, określające chaotyczne opowieści, wiadomości z drugiej ręki podszyte plotką, powierzchowne oceny, po prostu „magiel towarzyski”.

Były krawcowe. „Moja” szyła mi ładne ubrania, nieraz je projektowałam. Tak było ze szkolnym fartuszkiem, który różnił się od kupnych, innym, jaśniejszym odcieniem granatu i miał lekki, pełen wdzięku krój. Stał się „solą w oku” rusycystki, która wzywała na rozmowę moją mamę, a potem niewybrednie komentowała tę rozmowę na lekcji. Szczerze jej nie znosiłam, zatruła mi tamte lata.

Co pewien czas na naszej ulicy ukazywały się sylwetki osób, na krótko rozpraszających monotonię dnia codziennego. Zbliżała się oto pani Murawska, kobieta o zmęczonym chodzie, nosząca tzw. starzyznę. To znaczy nie nowe już ubrania, najczęściej z paczek z USA. Miały te ubrania specyficzny zapach, mieszanina perfum i zapach czasu, kiedy to służyły komuś innemu. W związku z tym, że nie było sklepów z ubraniami, miały powodzenie. A zresztą były bardzo często gustowne. Od czasu do czasu, jechało się w okolice Dworca Wschodniego na „ciuchy”. Tu było Eldorado dla wszystkich pań, którym moda nie była obojętna.

Od czasu do czasu ukazywała się sylwetka pana ze sporą maszyną na ramieniu, służącą do ostrzenia noży. Gospodynie wynosiły z mieszkań noże i nożyczki, a pan stawiał maszynę na ziemi, naciskał pedał i wśród sypiących się iskier, noże odzyskiwały dawną ostrość.

Osoba pani Marii Plutowej kojarzyła się już gorzej. Pani ta robiła dzieciom zastrzyki z penicyliny. Mnie również to nie ominęło. A co rano rozlegał się stukot kół i powożąc furą zajeżdżała pani Czerwińska z Zerznia, ze świeżym mlekiem. Wychodziło się z naczyniem i pani Czerwińska odmierzała specjalnym garnuszkiem potrzebną ilość. W zimie wykorzystywaliśmy jej pojazd do kuligów. Przyczepialiśmy sanki do wozu i jazda! Choć z częstymi przystankami.

W całym Wawrze była jedna pani zwana repasaczką, która podnosiła oczka w nylonowych pończochach. Często biegałam z nylonami mamy, a później ze swoimi.

Było też dużo atrakcji: górka Delmacha – pamiętam zimowy wieczór, gdy ojciec w przypływie dobrego humoru, poszedł ze mną na tę górę. Śnieg skrzył się jak diamentowy pył. Zjeżdżaliśmy z tej góry z czarny las.

Ruiny domu i zdziczały ogród nazywany „u Wilkosi” był miejscem naszych zabaw na powietrzu. Były to podchody, gąski do domu, zbijak i gra w klasy.

Atrakcją było także obserwowanie z niezabudowanego pola, jak rósł Pałac Kultury. Jedyna cukiernia za stacją Wawer cieszyła się powodzeniem, najczęściej w niedziele. Kolejna atrakcja to krem jadany tylko w zimie, który tężał na śniegu, nie było przecież lodówek. Odpust w Aninie, gdzie moim dziecięcym marzeniem było wygranie domku obsypanego kruszonym lustrem, stojącego na szczycie kręconego stoliczka, niestety nie udało mi się to. Wygrywałam piłeczki na gumce lub ten przysłowiowy złoty pierścionek z niebieskim oczkiem na szczęście. O otwarciu Kina Wrzos nie będę pisała, ale było to wielkie wydarzenie. Do tej pory najbliższym kinem było Kino 1 Maj na Podskarbińskiej, gdzie rodzice wozili dzieci na poranki.

Po zdaniu egzaminów do liceum, które mieściło się w tym samym budynku, co podstawówka, przy ul. Kajki, moje życie związałam ze szkołą. Tutaj nawiązałam przyjaźnie, sympatie, coraz częściej wyruszałam do Śródmieścia. Lubiłam Nowy Świat, Stare Miasto, kluby studenckie, ale to w Wawrze spotkałam swoją pierwszą miłość i wyszłam za mąż. Rodzina męża także mieszkała w swojej willi w Wawrze, do której wprowadzili się przydzieleni przez urząd lokatorzy. Dziadek Pacewicz, z którym rodzina męża się zaprzyjaźniła, przychodził w sobotę na brydża. Grywało się całą noc. Był to ponad osiemdziesięcioletni mężczyzna, który wskoczył do jeziora i odciął uprząż od wozu, który potoczył się po spadzistym brzegu i zepchnął do jeziora konia, zaprzężonego do niego. Koń się uratował. O zdarzeniu wszyscy pamiętali i ze względu na zaawansowany wiek jak i odwagę , traktowali dziadka Pacewicza, jak bohatera.

Babcia męża przechowywała w czasie wojny Żydówkę. W związku z tym została zaproszona do posadzenia drzewka w Izraelu. Siostra męża wyszła za mąż za członka zespołu Vox i w ich domu na Jabłecznej powstało studio nagrań. My wyprowadziliśmy się z Wawra na warszawskie Bielany, gdzie mieszkam do dziś. Tu urodził się mój syn. Zauroczona nowością i życiem wielkomiejskim, a potem porwana przez dorosłe życie, które nie szczędziło mi wzlotów i upadków, nigdy nie zapomniałam o Wawrze i Aninie. Tu przecież uczyłam się kochać mój kraj, zrozumiałam w którymś momencie, że to wawerskie żyto, niezapominajki i kaczeńce, i ten dom z łacińskimi napisami, i wiśniowy sad, ten aniński las i ludzie serdeczni, których tu spotkałam, że to wszystko pozostało w moim sercu, że to wszystko i ja to jedno.

Teresa Bojanowicz

 

BIOGRAM:

Pani Teresa Bojanowicz (ur. 14 października 1939), szefowa Wawerskiego Towarzystwa Uniwersytetu III Wieku, nauczycielka z powołania, całym sercem związana jest z Falenicą, w której spędziła dzieciństwo i młodość. Opowiadała nam o tamtym czasie, zdarzeniach zachowanych w jej pamięci, wspomnieniach z czasów licealnych, nadwiślańskich plażach, falenickich górkach do zjeżdżania na nartach, domach letników, randkach, grach w karty... Obiecała nam też wspólny spacer, podczas którego pokaże nam ważne i dla niej i dla historii miejsca.

 

FRAGMENT OPOWIEŚCI:

"Na rogu ulicy Patriotów i Bysławskiej [...] jest taki drewniany na brązowo malowany dom. To było jedno z miejsc, w których odbywały się komplety. W trzech miejscach w Falenicy się odbywały. BYły tak usytuowane, żeby wchodzący uczniowie nie wzbudzali szczególnych podejrzeń. Tu wchodziło się przez sklep. [...] Sklep był, słuchajcie, zupełnie jak z Lalki Prusa sklep Wokulskiego, a nawet nie Wokulskiego, Mincla bardziej, bo jeszcze z Podwala. Sklep drogeryjny - tak to się nazywało w tamtych czasach. Pierwsze pomieszczenie to było wszystko to, co było potrzebne do malowania mieszkania, do remontu i malowania mieszkania, i farby i jakieś tam podkłady i pędzle... Nie urzywano tapet, natomiast w sprzedaży były takie szablony - długie arkusze papieru z powycinanymi różnymi wzorami. Najpierw się malowało jednolite tło, potem przykładało ten szablon i malowało po szablonie tak, że wychodził jakiśtam wzór. I tam oczywiście stosownie pachniało farbą... To jest niesamowite - jak ja wiele rzeczy pamiętam przez zapachy."

 

Barbara Wizimirska

 

BIOGRAM:

Barbara Wizimirska, mieszkanka Falenicy od 1968 r., urodziła się w Radomsku w 1942 r. W  swoim życiu, dość bogatym w różnorodne doświadczenia, pracowała jako adiunkt w Polskim Instytucie Spraw Międzynarodowych,  w Polskim Komitecie ds. UNESCO (krótko) i w Ministerstwie Spraw Zagranicznych. Zajmowała się pracą badawczą, opublikowała wiele pozycji na temat  Południowej Azji a następnie przez 13 lat była redaktorem naukowym Rocznika Polskiej Polityki Zagranicznej.  Przy dużej rodzinie było to życie na pełnych obrotach. Od przejścia na emeryturę w 2004 r., pani Barbara zmieniła nieco zainteresowania, działając w Falenickim Towarzystwie Kulturalnym i w Klubie Kultury Falenica. Już dziewiąty rok prowadzi spotkania Miłośników Literatury, jest autorką kilku książek poświęconych historii Falenicy oraz sztuk teatralnych wystawianych na „deskach” osiedlowego KK. Opowieści falenickie... to jej ostatnia pozycja, w której odtwarza historię pięknej willi rodziny Szaniawskich na tle dziejów letniska oraz historii zakonu jezuitów, którzy założyli tu swój Dom Zakonny. Dzięki odnalezionym dokumentom i fotografiom rodzinnym Szaniawskich można było pełniej pokazać niezwykłe losy tej rodziny oraz życie pracujących tu jezuitów. Z licznych zdjęć, choć niepodpisanych i niedatowanych, potrafiła odczytać bardzo wiele interesujących szczegółów pokazanych na specjalnej prezentacji. Napisanie tej książki wymagało od autorki umiejętności detektywa, dlatego było tak ekscytujące. Takie bywa też dalsze odkrywanie nieznanych kart z dziejów Falenicy i jej mieszkańców.

 

FRAGMENT OPOWIEŚCI:


"W latach dwudziestych i trzydziestych tworzył się na linii otwockiej taki ciąg letnisk z domami, tzw. letniakami - to były byle jak sklecone letnie domki tylko na dwa/trzy miesiące - i pensjonatami, które już były lepiej wyposażone, solidniej zbudowane, na podmurówce, dla bogatszych troszkę mieszkańców Warszawy. [...] Znakomitą większość tych letników stanowili mieszczanie żydowscy z Warszawy, którzy całymi furmankami, załądowanymi pościelą, garnkami, wszystkim, co trzeba, przyjeżdżali na trzy miesiące. [...]  Ja dosyć gruntownie studiowałam historię Żydów warszawskich, ich osiedlenia się tutaj i życia ich przedtem. [...] To jest ostatnia książka. Po przejściu na emeryturę miałam czas, żeby się bardziej zainteresować tym środowiskiem, w którym mieszkam. [...] Jest to prawdziwa przyjemność, jeżeli można coś tak bardzo dokładnie opisać, odkryć, zgłębić... Chociaż powiem wam, że mamy listę spraw do wyjaśnienia w związku z tym domem i tą rodziną. To jest mniej więcej jedna strona zapisana pytaniami, których się najprawdopodobniej już nigdy nie wyjaśni."

 

Teresa Skura

 

BIOGRAM:

Pani Teresa Skura (ur. 6 listopada 1937)

W papierach - geodetka, w sercu – miłośniczka przyrody. Pierwsze lata życia i okupację spędziła w Śródmieściu Warszawy. Do Międzylesia dotarła w roku 1964 za sprawą męża i zamieszkała, jak sama mówi ze śmiechem, w czarnym domku otoczonym łąkami i lasem, który okoliczne dzieci nazywały „domem wampira”. Pokochała tę pachnącą i pełną zieleni okolicę. Kiedy rozpoczęto realizację Centrum Zdrowia Dziecka, z niepokojem mówiła: „Rozdepczą mi Międzylesie!”. A pani Teresa zna w nim każdy leśny zakątek, niemal każdy kwiat. Wiele opowieści pani Teresy krąży wokół historii rodzinnych, związanych z walką powstańczą, konspiracją, przechwytywaniem tzw. cichociemnych. Stara się, by pamięć o rodzinnych dokonaniach przetrwała, dlatego wraz z wnukami przyczyniła się do rozszerzenia zbiorów Muzeum Powstania Warszawskiego. Jednak ważniejszy niż szary Wawer wojenny jest dla niej Wawer zielony, oglądany podczas spacerów.

 

FRAGMENT OPOWIEŚCI:

„Jak wyglądało Międzylesie (…) to jest osobna sprawa. Trzeba by było po nim się trochę przejść (...). I zobaczyć, jak ono teraz wygląda. Na przykład były ogromne wrzosowiska. Jedna rzecz – Helenów – wiadomo. Helena Dulska, siostra Marii Skłodowskiej-Curie, była fundatorką tego ośrodka. To z jej inicjatywy, z jej darowizny powstało. I od Helenowa do kanałku, za kanałek aż aniński – były ogromne wrzosowiska. Od kanałku naszego pod las, tam, gdzie Instytut Badań Jądrowych bardzo ładnie to osiedle wybudował. Więc tam były prześliczne wrzosowiska. Wrzos, wrzos, jesienią to wszystko się fioletem tak ubarwiało pięknie. I posadzili drzewa – tak że teraz jest to jeden z najmłodszych lasów. A te lasy, które nas otaczają – nie mogę sobie przypomnieć jak one wyglądały, kiedy ja tutaj przyszłam. Kiedyś w takim złym nastroju byłam, coś mnie wszystko gryzło. Ja już nie mogę, ten świat jest okropny, śnieg, zima. Nałożyłam kapotę na siebie z kapturem, buty. Poszłam w las. Jak tak szłam to okiść śniegowa, dość gęsta, to wszystko zaczęło na mnie spadać. Na kaptur i pospadało, za kaptur. I tak otrzeźwiałam, że świat nie jest taki zły. Strzepnęłam i wróciłam”

Teresa Szymczak

 

BIOGRAM:

Pani Teresa Szymczak (ur. 10 października 1930), redaktorka niecodziennika Między Nami Aninianinami, jest wieloletnią mieszkanką Anina. Podczas spotkania otworzyła przed nami dwa pokoje pełne wszelakich maszynopisów, rękopisów, tekstów i fotografii dotyczących Wawra i okolic. Pani Teresa gromadziła archiwum przez lata. Dziś, choć nadal bardzo aktywnie działa w polu kultury, czuje, że dokumenty te nie powinny zostać zapomniane. Pani Teresa pisze piękne wiersze o codzienności. Ma wiele do powiedzenia - jednak mówi nieśmiało, długo zachęcana. Woli pisać. Również, przyznanej jej w kwietniu tego roku przez Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego, Honorowej Odznaki „Zasłużony dla Kultury Polskiej” - jeszcze nie odebrała. Ale kiedyś odbierze...

 

FRAGMENT OPOWIEŚCI:

„Ja lubię czytać. To, co widzicie tu, w tym domu, to jest rezultat mojej pasji bibliofilskiej i zamiłowania do czytania. […] Zawsze pierwsza sobota czerwca jest spotkaniem w bibliotece, świętem biblioteki. Chciałam, żeby ten dzień zrobić dniem spotkania z Kirą Gałczyńską. A więc już w 1997 roku przyjechała Kira i zaczęło się tak zwane pierwsze święto anińskie, czyli Dzień Zielonego Konstantego. Dzień Zielonego Konstantego to była nazwa nadana później. Najpierw były to po prostu opowieści Kiry Gałczyńskiej o Gałczyńskim, o nasturcjach, które jako jedyne zapamiętała z Anina. Powiedziała: »Nic nie pamiętam. Tylko pamiętam, że takie kwiaty były i one się nazywały nasturcje. Były to dla mnie ogromne kwiaty, wielkie. Jak potem dorosłam i zobaczyłam te kwiaty, że one są zupełnie normalnego wzrostu, normalnej wielkości, to byłam okrutnie zdumiona, bo jako czteroletnie dziecko zapamiętałam, że to były wielkie kwiaty«. To było jej jedyne wspomnienie z Anina”.

 

Janina Miksiewicz

 

 

 

BIOGRAM:

Pani Janina (ur. 25 kwietnia 1928) pochodzi z rodziny kupieckiej z okolic Lwowa. Tam, gdzie między szybami naftowymi a zielonym bieszczadzkim lasem biegnie historyczny szlak przełęczą przez góry do Słowacji. Tamtejsza kraina była domem dla wielu, żyjących w zgodzie obok siebie narodowości. Do czasu. Nasz bohaterka pamięta ten ciepły wrzesień, kiedy na ich werandzie zamieszkał Niemiec, równie dobrze, jak gdy pewien przystojny Ukrainiec spojrzał w jej okno po raz ostatni. W czasie wojny, kiedy w Krakowie uczyła się do matury, pod oknem niemieckie wojska zmieniały już linię okopów. Po wyzwoleniu udał się do Warszawy, gdzie mieszka już 60 lat. Na ostatnim spotkaniu pani Barbara rysowała dla nas na mapie obszar falenickiego getta. Gdy pani Janka pojawiła się w Falenicy, cały ten obszar był usypany gruzami i pyłem, który wciąż wsypywał się do butów. Miała więc okazję obserwować, jak życie wracało powoli w te strony.

 

FRAGMENT OPOWIEŚCI:

 „Pamiętam, że ja się tutaj wprowadziłam jesienią. Jeszcze koło mnie były nieuporządkowane podwórka i tak dalej, bo to były świeżo postawione domy. A vis-a-vis był taki gaik pełen brzóz. Już tego nie ma, tam trzy brzozy zostały, stoi teraz tam lecznica dobudowana. I w każdym razie mój ojciec wszedł w to podwórko, tak się rozejrzał i mówi: „Ojej! Jak tu smutno!” Ja nic nie mówiłam mu o Falenicy i ja nic nie wiedziałam. Ojciec mimo swojego zawodu dość takiego dziwnego, nie takiego znowu delikatnego, jednak był człowiekiem wrażliwym i tak nic nie wiedząc się zorientował. Ja dalej nic nie wiedziałam. Ojciec wyjechał. Za rok czy za dwa, przyszedł listonosz na moje imieniny – ja jestem 24 czerwiec – i on mi powiedział, że tu było getto. A ja się dziwiłam. Myślę sobie, co tu robi ta stacja. Jak ja szłam do Kościoła w lecie, to ja musiałam kilka razy wysypywać z sandałów proch, bo tu w ogóle było pusto. Tak się zaczęła Falenica”.

 

Marek Sterkowski

 

 

BIOGRAM:

Pan Marek Sterkowski (ur. 20 kwietnia 1950) z wykształcenia chemik, z zamiłowania czapnik. W 1979 roku rozpoczął działalność we własnej firmie. Specjalizuje się w wyrobie kapeluszy, czapek i mundurowych nakryć głowy dla harcerzy: beretów, kapeluszy harcerskich, czapek i kapeluszy zuchowych. Tym samym kontynuuje tradycję rodzinną, która sięga czasów przedwojennych!

Założycielką firmy Sterkowski była babcia pana Marka – Anna Sterkowska. Wybuch wojny zastał rodzinę w bardzo ciężkiej sytuacji materialnej. W związku z tym w 1941 roku także syn Anny, Zygmunt, ojciec pana Marka, rozpoczął działalność gospodarczą w branży konfekcyjnej- produkował nakrycia głowy, skarpety... Ich działalność przerwał wybuch Powstania Warszawskiego. Zygmunt Sterkowski wziął w nim udział jako członek oddziałów saperskich. Ranny, nie chcąc opuszczać matki, wyszedł z Warszawy wraz z cywilami, ale jako młody 19 letni mężczyzna, został wywieziony do Anklamu do fabryki Messerschmitta, gdzie przebywał do końca wojny. Po powrocie do Warszawy, w końcu maja 1945 roku, wznowił działalność firmy. W okresie do 1948 roku, wraz ze wspólnikiem, rozbudował firmę, która zatrudniała w tym okresie 50 pracowników. Wytwarzany był szeroki asortyment konfekcji: nakrycia głowy, koszule, palta. Niestety polityka rządu spowodowała, że firma została zniszczona domiarami. Zygmunt ratując resztki firmy założył małą firmę rzemieślniczą i skupił się na wytwarzaniu nakryć głowy. Firma działała w Warszawie przy ul. Wolskiej 10. W 1960 roku budynki przy ul. Wolskiej zostały rozebrane. Siedziba firmy została przeniesiona na ul. Bracką 20 lok 16, gdzie działała przez następne 45 lat.

Zygmunt Sterkowski był bardzo czynny w środowisku rzemieślniczym. Był także prekursorem szeregu nowych technologii w czapnictwie. Wraz z synami, Markiem i Jerzym opracował technologię zgrzewania kapeluszy męskich wykonywanych z tkanin, a nie jak dotychczas z filcu.

Więcej informacji: http://www.sterkowski.pl/

 

FRAGMENT OPOWIEŚCI:

 „Rozpoznaję swoje wyroby na ulicy z odległości kilkudziesięciu metrów. Rozpoznaję również wyroby kolegów, bo człowiek zna, wie jak koledzy produkują. Także patrząc na człowieka w kapeluszu, berecie czy czapce, jestem w stanie powiedzieć z odległości kilkunastu metrów czyja to produkcja. Tak to wygląda. Z tego, co wiem, to bardzo wielu harcerzy chodzi w moich beretach, choć oczywiste jest, że mam konkurencję. Ja od szeregu lat wstawiam towar do sklepu, do tej składnicy harcerskiej. Swego czasu wstawiałem również na ul. Konopnickiej: berety, kapelusze, kapelusze zuchowe, czapki zuchowe. I to jest ta moja produkcja, która jest przez okrągły rok sprzedawana”.

 

Zbigniew Smykowski

 

BIOGRAM:

Pan Zbigniew Smykowski (ur. 1924) w Międzylesiu zamieszkał przed wojną. Przeżył w nim dzieciństwo i, jak sam mówi, dwie kolejne okupacje. Jednak najciekawsze watki opowieści pana Zbigniewa związane są z tajemniczym gmachem Instytutu Elektrotechniki, który wzniesiono w Międzylesiu w pierwszych latach po wojnie. Miejsce to nie było przypadkowe. Kiedy pan Zbigniew zatrudniał się w Instytucie głęboko wierzono, że placówka ta będzie najpotężniejszym ośrodkiem badawczo-naukowym w kraju. Była wielkim i potrzebnym marzeniem. Czy o tym właśnie rozmyśla nasz bohater podczas swych codziennych spacerów po wawerskich lasach?

 

FRAGMENT OPOWIEŚCI:

„Drugą atrakcją, która wpłynęła na rozwój całej tej struktury otwockiej, to znaczy jeszcze przed wojną światową i po wojnie światowej, to była tak zwana ciuchcia, kolejka wąskotorowa. To było takie metro na ówczesne czasy. Ona jeździła – tak jak jest stacja kolejowa w Międzylesiu koło ulicy Mrówczej. […] To był błąd państwa zarządzanego planowo, komunistycznego, że zlikwidowali tą kolejkę, bo wszystko opierało się na tym, że będą autobusy, będą ludzi woziły. Ale autobusy to jest mniej ekologiczna historia. Zresztą autobus nie zabierze tyle ludzi, co taka ciuchcia, prawda? Ona miała cztery/pięć kolejek. A w ogóle ta ciuchcia ratowała sytuację, bo po 36 roku, kiedy kolej była jeszcze nieuruchomiona, to ona dawał możliwość transportu ludzi do Otwocka i tak dalej.  […] Jeszcze taka ciekawostka… ponieważ Niemcy byli złośliwi, ale dobrze strzelali stosunkowo, to ta kolejka stała w Wawrze i gotowała parę, żeby naddać szybkości. Tu od Mrówczej do Anina, te Zbytki, nie Zbytki, to było otwarte pole. Więc Niemcy strzelali w ten dym, ale ten dym zostawał, chwała Bogu, w tyle. Nie mogli tej kolejki nigdy trafić, bo myśleli, że to jest pociąg jakiś pancerny, diabli wiedzą co”. 

 

 

Bogdan Kozłowski

 

BIOGRAM:

Pan Bogdan (ur. 2 stycznia 1936) jako mały chłopiec w czasie wojny spoglądał na to, co się działo z okna swojego mieszkania nad fryzjerem w centrum Międzylesia. Obserwacja komisariatu niemieckiego i akcji wywożenia ludności żydowskiej głęboko wryły się w jego pamięć. Kiedy nieco już podrósł i wojna się skończyła z zapałem oddał się harcerskim wędrówkom i łobuzowaniu. Opowiada o miejscach jego szalonych przygód, gdzie skakał z ciuchci nosem w piach, gdzie przyjeżdżało kino objazdowe, gdzie młodzież urządzała potańcówki „na dechach”. Pan Bogdan jest żywą encyklopedią nie tylko dzielnicy, ale kultury i rozrywek z dawnych lat.

Jednocześnie pan Bogdan działał w strukturach harcerskich związanych z walką niepodległościową, zwłaszcza w czasie PRL. Za działalność został skazany za działalność polityczną, ale jego kara została zawieszona i ostatecznie na szczęście do obozu dla młodzieży w Jaworznie nie trafił. Działa jednak i aktywnie spiera Warszawski Oddziału Fundacji Jaworzniacy. Dziś pan Bogdan ma 77 lat, jednak jego energia, odwaga i zamiłowanie do przygód nie straciły nic z dawnej siły.

Więcej informacji o fundacji na stronie: http://www.jaworzniacy.pl/

 

FRAGMENT OPOWIEŚCI:

„Staż pożarna to była taka w Międzylesiu szkoła życia. Ja mieszkałem blisko, to miałem parę kroków. Jak syrena zawyła, to w majtkach leciałem, czy zima czy nie. Po schodach. Matka nieraz mówi do mnie: „Załóż to, załóż tamto”. Do straży i na ten samochód i do pożaru gdzieś. Były też ćwiczenia i zawody strażacki. Tam młodzież się garnęła. […] W pierwszych latach po wojnie do straży przyjeżdżało kino objazdowe. Tak, proszę państwa. Kino objazdowe, które przyjeżdżało przynajmniej dwa razy w miesiącu do straży. Kto tam słyszał kiedyś o kinie? Zaraz po wojnie, to był 46 rok, pamiętam. Byłem młodym człowiekiem a do straży miałem trzy budynki. Kino przyjechało. O Jezu kochany! Co to była w Międzylesiu za radość! A kino polegało na tym, że przyjeżdżał samochód z tą aparaturą, rozwieszali płachtę białą, samochody straży wyprowadzali. Młodzież i dorośli, co mogli to przynosili, a reszta na podłodze, na tej brudnej i łeb do góry! A ja siadałem w pierwszym rzędzie i jedzie parowóz taki na mnie! Taki był film Jesse James o gangsterach, co na pociągi napadali. Pierwszy film, który w życiu widziałem”.

 

 

 

 

Podkategorie

Warto odwiedzić