Kresy warszawskie cz. I

Lasy, pola kapusty i szambo

            Oto Wawer – największa dzielnica stolicy Polski, licząca niemal 80 kilometrów kwadratowych, która jednocześnie znajduje się w czołówce najmniej zaludnionych, z liczbą 69 tysięcy mieszkańców. Jak łatwo zgadnąć, 20 lat temu obszar ten był jeszcze mniej zurbanizowany. Wystarczyło przejechać się wzdłuż Wału Miedzeszyńskiego, by zauważyć pustkowie z losowo porozrzucanymi domostwami. Z kolei jadąc, choćby wzdłuż ulicy Patriotów i torów kolejowych, w kierunku Otwocka można było cieszyć oczy widokiem niekończącej się ściany lasu. Gdy nieco podrosłem, jeden z moich nauczycieli określił prawobrzeżną Warszawę jako „azjatycką”, podczas gdy na zachód od Wisły miała być ona bardziej postępowa, czyli w domyśle „europejska”.

W przypadku Wawra nie sposób się nie zgodzić – to w istocie są „kresy warszawskie”. Nie tylko z powodu dużej dysproporcji, między wielkością obszaru a zaludnieniem, w porównaniu do reszty stolicy, lecz także przez zacofanie pod względem infrastruktury, które trwa do dziś. Najprostszym przykładem był (przynajmniej dla części dzielnicy) brak kanalizacji, która pojawiła się w Międzylesiu, Zerzniu, Aninie czy Marysinie dopiero pod koniec ubiegłego roku. Fakt, że któraś z dzielnic stolicy Unii Europejskiej nie ma porządnego odpływu, jest co najmniej obciachowy. Zwłaszcza że, w tym czasie, sieć kanalizacyjną posiadała już większość mazurskich i warmińskich wsi, liczących po kilkaset osób. Podejrzewam jednak, że sieć tę mogą zawdzięczać prawdopodobnie Niemcom. Już pal licho sposób pozbywania się nieczystości, gdyż poważniejszym problemem był brak studzienek kanalizacyjnych, do których wpadałaby woda nagromadzona podczas deszczu. W czasie pamiętnej powodzi z 2010 roku, ulice pływały już po godzinnej ulewie. Na szczęście studzienki kanalizacyjne już są. Szkoda, że błyskotliwie umieszczono je na najwyższych punktach jezdni, skąd woda i tak spływa na pobocze.

Absurdów ciąg dalszy

            Niedoskonałości te można by mnożyć i mnożyć. Dla mnie, dziesięć lat temu, szczególnie dotkliwy był brak Internetu. Moi koledzy, co prawda kisili się w ohydnych blokowiskach, ale na pocieszenie mieli 10 megabajtów transferu w UPC czy innym Asterze. Podczas gdy ja musiałem się zadowolić najpierw łączem radiowym, a Neostrada 512 była szczytem technologii. Wtedy „przestarzałe linie nie pozwalały wyciągnąć więcej”.

            Teraz Urząd Dzielnicy szaleje i nawet przyłącza Wawer do stołecznej strefy swobodnego dostępu do wi-fi, lokowanego w najbardziej atrakcyjnych dla turystów i mieszkańców miejscach. Władze Wawra umieszczą po 15 hot-spotów przede wszystkim w... szkołach, w dodatku, głównie podstawowych. Wiceburmistrz, Adam Godusławski, taki wybór argumentował przede wszystkim obniżeniem kosztów utrzymania sieci telekomunikacyjnej, dzięki zrezygnowaniu z usług dotychczasowego operatora. Jeśli faktycznie uda się coś zaoszczędzić, decyzja może wydawać się uzasadniona, lecz chyba nie na tym polega idea powszechnego wi-fi. Trudno też wyobrazić sobie ośmioletnie dzieci korzystające z tego dobrodziejstwa, za to już dużo łatwiej licealistów, wśród których co cwańsi będą mogli odrabiać lekcje z pomocą nowego portalu twórcy Kwejka, na którym mają być publikowane rozwiązania zadań do rozmaitych podręczników. Nie będę już taki i dodam, że nie tylko w szkołach mają być hot spoty, lecz także dwa znalazły miejsce w Ośrodku Sportu i Rekreacji w Aninie – na basenie i w bliżej nieokreślonych okolicach boiska.

Kresy warszawskie mogą być trendy

Spójrzmy jednak prawdziwe w oczy – gdzie indziej moglibyśmy zainstalować takie rzeczy? Czy Wawer, zlepek dawnych miejscowości ma wykształcone wspólne centrum kulturalne lub przynajmniej kilka większych ognisk? Domy i ośrodki kultury, przyciągające mieszkańców, wydają się najrozsądniejszym rozwiązaniem. W końcu nie mamy ani placyków ani skwerów, jak w centrum, ale mamy za to duży i piękny Mazowiecki Park Krajobrazowy. Paradoksalnie to pewne „oderwanie” miejskiej dżungli można by było dobrze i pomysłowo wykorzystać, jak to zostało zrobione w Podkowie Leśnej, Milanówku i Brwinowie w postaci tzw. „Trójmiasta Ogrodów”, lecz do tego potrzebna jest strategia rozwoju.       

Nasze „kresy” może i borykają się z wieloma kłopotami, lecz nie jesteśmy przynajmniej obrzydliwą betonową dżunglą, jak w niektóre dzielnice stolicy. Może warto odnaleźć pozytywne strony takiego położenia Wawra. W zeszłe wakacje zauważyłem, że coś zaczęło się tu dziać: a to spotkania plenerowe, a to wieczorki filmowe w open-kawiarniach, które potrafią przyciągnąć nawet po paruset gości. Można? Zatem zróbmy coś wspólnie, gdyż towarzystwa nie rozrusza się w ramach dyrektywy, a jedynie oddolnie! Nie chodzi tylko o zabawę, więc jeśli są organizowane spotkania z władzami dzielnicy, idźmy na nie i powiedzmy, co nam się podoba, a co nie. W ten sposób stajemy się świadomymi mieszkańcami, a ci są konieczni, by utworzyć społeczeństwo obywatelskie.

 

Aaron Welman

Warto odwiedzić