O dwóch takich w Aninie

Na mapach z 1915 roku teren Anina jest jeszcze zieloną przestrzenią. Pierwszymi mieszkańcami zalesionych obszarów zostają w latach 30. pracownicy kolei, obsługujący pobliską stację. Nic nie wskazuje na to, że za kilkanaście lat miejscowość stanie się ulubionym miejscem szukających odpoczynku i natchnienia artystów - Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego, czy Juliana Tuwima.

 

 

Julian Tuwim z córką Ewą, Anin 1949 r. (źródło: remigiusz-grzela.pl)

 


Współczesny Anin znacznie różni się od tego, jakim był przed II wojną i przyłączeniem do wielkiej Warszawy w 1951 roku. Dlatego trudno określić, gdzie stała drewniana willa z porośniętą dzikim winem werandą, którą tak polubił Konstanty Ildefons Gałczyński. Był jednym z pierwszych artystów, którzy zobaczyli w Aninie idealne miejsce do życia i pracy. Przybył którejś sierpniowej nocy 1936 roku wraz z żoną, 4-miesięczną córką i kotem w koszyku. Dom, w którym zamieszkali spłonął w czasie wojny, dlatego tym trudniej odgadnąć, w którym dokładnie stał miejscu. Na podstawie relacji mieszkańców Anina, a także lirycznych utworów samego poety, można przypuszczać, że rodzina Gałczyńskich mieszkała przez jakiś czas przy ulicy Legionów, teraz Homera, a następnie przeniosła się na Leśną 18, niedaleko miejsca, w którym dziś znajduje się wawerska Biblioteka. Tezę tę potwierdza informacja, jaką można znaleźć na kamieniu pamiątkowym, znajdującym się właśnie w ogrodzie biblioteki im. Gałczyńskiego.

 

Wawer między wersami

 

Choć trudno ustalić dokładnie, jak wyglądał wówczas teren willi poety, jedno jest pewne – trzy lata życia spędzone na Aninie upłynęły mu w spokoju i szczęściu. Świadkowie wspominają rodzinę Gałczyńskich jako roześmianą, zawsze wspólnie wędrującą wokół lasu. Sam poeta nie ukrywał radości z faktu przeprowadzki do Anina, poświęcając miejscowości kilka wierszy i poematów. Dla przykładu dom rodzinny został uwieczniony w wierszu „Opis domu poety” z 1937 roku, gdzie czytamy:


„nasz dom niewielki, zewsząd okolony lasem
opiszę tobie wiernie, począwszy od bramy:
Kastor i Polluks, bracia, klęczą na filarach
twarzą ku sobie, w górze jest rodzaj frontonu,
na którym miłe światło pada z nieboskłonu
promieniami prostymi jak struny na gitarach;
by rzec prawdę, tą bramą nikt się nie zachwyca;
budowniczy był wałkoń, łotr i pijanica”.

Z niemniejszą dozą sympatii i humoru wyraża się Gałczyński o Aninie w wierszach „Noce Anińskie”, „Na przedwiośniu” czy „A la russe”:


„Ej, pod Wawrem, ej, na szosie lubelskiej
rozhulał się, rozbisurmanił się wiatr wrześniowy!
Zaczarowane ćmy przypadły do latarni naftowej
świszczą sosny, tańczą sosny farandole diabelskie”.

Warto wyjaśnić, że kiedyś „szosą lubelską” nazywano dzisiejszą ulicę Bronisława Czecha, która odgranicza Anin od Marysina Wawerskiego.


We wspomnieniach


Malutka, noszona niegdyś po Wawrze na rękach Kira Gałczyńska, dziś ma 78 lat. Przez ostanie dekady wciąż wracała do miejsc swojego dzieciństwa. Jako częsty gość na Aninie spotyka się z mieszkańcami, opowiada o domu rodzinnym, a także o ojcu i jego twórczości. Drugim cennym źródłem informacji o anińskim okresie w życiu Gałczyńskiego są wspomnienia jego bliskiego przyjaciela, mieszkającego nieopodal plastyka i artysty Jerzego Zaruby. To właśnie za jego namową Gałczyński sprowadził się do Anina. Zaruba mieszkał przy ulicy Stradomskiej, tuż obok wilii Gałczyńskich, zatem panowie mogli rozmawiać ze sobą przez werandy. Dom plastyka był w tamtym okresie centrum spotkań kulturalnych, których stałym gościem został autor „Zaczarowanej dorożki”. Zaruba pozostawił po sobie także „Pamiętniki bywalca”, źródło anegdot o życiu na Aninie. Odnotował w nich między innymi ostatnie spotkanie z Gałczyńskim. Wspomina, że widzieli się tuż przed wybuchem wojny, a poeta nie był w najlepszym nastroju. I rzeczywiście kilka dni później Gałczyński otrzymał kartę mobilizacyjną i wyruszył na front. Wojna przetrwała okres spokojnego życia na Wawrze. Kira pamięta, że ojciec spakował wówczas jedynie „Fausta” – ukochaną książkę. Rękopisy, jakie zostały w domu spłonęły. Sam Gałczyński wojnę przeżył, jednak już nigdy nie udało mu się wrócić na Leśną. Nowy dom znalazł na Żoliborzu, gdzie zmarł w 1953 roku.

 

    Konstanty Ildefons Gałczyński w Aninie w 1939 r. (źródło:  kulturalna.warszawa.pl)


Anin daje się lubić


Dzięki obecności ludzi ze świata sztuki, na Aninie szybko zakwitło życie kulturalne, przyciągające na teren osiedla kolejnych poetów i artystów. Mimo że miejsce po zakończeniu wojny zmieniło nieco swój kształt, nie straciło zbytnio na atrakcyjności. Urokowi Anina uległ sam Julian Tuwim, który po powrocie z emigracji otrzymał od władz willę przy ulicy Zorzy 19. Tym razem z ustaleniem topografii nie ma najmniejszego kłopotu, bo dom Tuwimów istnieje do dziś. Warto dodać, że to ta sama posiadłość, w której kilka lat po śmierci Tuwima zamieszkał premier Jaroszewicz z żoną. Ciekawe jest to, że dom powstał jeszcze w latach 30. i mimo zmieniających się lokatorów wciąż nazywany jest willą Lotha, od nazwiska pierwszego właściciela. Ten opuścił posiadłość w czasie wojny i nigdy już do niej nie powrócił. Początkowo w pustym budynku mieściło się przedszkole, szybko jednak zamknięte przez władze. Dwa lata później swoje rzeczy rozpakowywał tu sam Tuwim. Zamieszkał przy Zorzy w 1948 roku wraz z żoną i adoptowaną córką. Był już wtedy bardzo schorowany, a pobyt na Aninie miał przysłużyć się polepszeniu jego samopoczucia. Dlatego spędzał tu przede wszystkim święta i lato. Autor „Kwiatów Polskich” z pewnością polubił dom w Aninie, przenosząc tu z warszawskiego mieszkania cześć swojego księgozbioru i archiwum. Pracował w gabinecie znajdującym się na pierwszym piętrze willi, schodząc do ogrodu niezwykle rzadko. Cierpiał na agorafobię, która uniemożliwiała mu nawet poruszanie się po domu. Mimo to mieszkanie w Aninie służyło poecie, który chętnie zapraszał tu swoich znajomych. Do Mieczysława Jastruna pisał choćby „gdy tylko wystrzelą bzy, zjaw się z żoną w Aninie. Datę tej salwy podam”.


Trudny rok


W czasie pobytu w Aninie Tuwim także nawiązał znajomość z Jerzym Zarubą. Panowie szybko się zaprzyjaźnili, spędzając ze sobą wiele wieczorów w domu plastyka. Efektem tej znajomości jest choćby wiersz „Lament aniński” oficjalnie dedykowany Zarubie, w którym czytamy między innymi:


O, nie pytaj, czemu smutno mi w Aninie!..
Ani dawniej nie znosiłem ani ninie
Znieść nie mogę kakofonii. Zawsze spontanicznie
Oraz żywiołowo protestuję,
Gdy harmonię kakofonia jaka psuje.
A ostatnio w straszną matnię jestem wplątan:
Słuch mój męczy cała orgia kakofontann,
Bije, tryska, strumieniami po mnie płynie:
Z racji imion i imienin w tym Aninie.
Ma przyjechać do mnie Ania do Anina,
Ania z Manią, więc nie minie parę dni, a
Mania z Anią nie ominą mnie tu - i na
Imieniny me przyjadą do Anina.
A gdzie Mania oraz Ania, tam i Nina,
A przy Ninie - Mama Niny - i Manina
(Tj, mama Mani, bardzo miła pani,
I mamina mama, czyli babka Mani).

Artysta otrzymał utwór z okazji swoich imienin 23 kwietnia 1953 roku. Kilka miesięcy później Tuwim zmarł niespodziewanie na atak serca. Wyjechał do Zakopanego, by nieco odpocząć i nabrać sił. Nie udało mu się jednak już wrócić do Anina. Był to trudny rok dla świata literatury, przecież kilka tygodni wcześniej pożegnano Gałczyńskiego. Aninianie nie zapomnieli o obecności poetów po prawej stronie Wisły. Dom Juliana Tuwima upamiętniono tablicą na elewacji oraz kamieniem pamiątkowym przy pobliskim XXVI Liceum Ogólnokształcącym na Alpejskiej. Pamięć o Gałczyńskim także jest ciągle żywa – w każdą pierwszą sobotę czerwca od 17 lat organizowany jest przy Trawistej Dzień Zielonego Konstantego, a honorowym gościem spotkań jest oczywiście córka Kira. Niestety Ewa Tuwim, córka poety rzadko zagląda na Wawer. Na stałe mieszka w Sztokholmie. W ubiegłym roku udało się jej za to spotkać z Kirą. Pierwszy raz po kilkudziesięciu latach córki obu poetów mogły wspólnie wspominać dzieciństwo na zielonym Aninie.
Zainteresowanym polecam książkę Kiry Gałczyńskiej „Zielony Konstanty” i tekst Józefa Brodzkiego „Wspomnienia o Julianie Tuwimie”.


Paula Szewczyk

Warto odwiedzić