Wina nie była badana

 

„Trudno, panie Michale, musimy umierać, nikt nam nie przyjdzie z pomocą. Byle tylko dobrze trafili, żeby się nie męczyć”…

 

 

                  (Źródło: Narodowe Archiwum Cyfrowe)

 

 

26 grudnia 1939 roku Antoni Bartoszek nie czuje się najlepiej. Wcześnie kładzie się spać, a restauracją przy ulicy Widocznej 85 zajmuje się w tym czasie jego żona. Nie otwiera jednak lokalu w tę grudniową noc. Tegoroczne święta nie należą do przyjemnych. Są raczej czasem wyciszenia i refleksji. Niemiecka okupacja nie wpływa pozytywnie na nastrój mieszkańców Wawra i Anina. Dlatego gospodyni raczej bez celu krząta się po sali, poprawia naczynia, wyciera bar, ale nikogo się nie spodziewa. Myśli być może o samopoczuciu męża, planuje jutrzejszy dzień. Z odrętwienia wyrywa ją skrzypnięcie drzwi. Podnosi głowę znad układanych szklanek i widzi dwóch mężczyzn. Poza mrozem wnieśli do środka rewolwery, którymi wymachują ostrzegawczo przed jej oczami. Nie pomagają prośby i nalegania o wyjście: „panowie, zbliża się godzina policyjna…”, ale gospodyni nie kończy zdania. Przerywa jej jeden z mężczyzn „nas godzina policyjna nie obowiązuje, mamy przepustki” – kłamie, podnosząc wymownie rękę z bronią. „W razie potrzeby znajdzie się też granat” – dorzuca drugi. Na te słowa kobieta nie odzywa się więcej, nie chce prowokować i sprowadzić na siebie nieszczęścia. Jeszcze nie wie, że ten dzień zmieni całe jej życie, a męża zobaczy już tylko raz.

W tym czasie na posterunku policji granatowej w Wawrze przy ulicy II Poprzecznej 3 rozbrzmiewa dźwięk telefonu. Głos w słuchawce informuje pełniących służbę, że poszukiwani przestępcy przebywają na terenie Wawra. Policjant odbierający zgłoszenie przewiduje, że ujęcie zbiegów może nie być wcale sprawą łatwą, dlatego zwraca się do miejscowej komendantury Wehrmachtu, by ta wyznaczyła do akcji pomocników. Będący na służbie niemieccy żandarmi mogą liczyć na pomoc policjanta Rozwadowskiego, który wraz z patrolem udaje się na poszukiwanie do Zastowa, do domu rodziców jednego ze ściganych. Tamci przyznają zgodnie z prawdą, że syna nie ma i nie wiedzą, gdzie może przebywać. Policjanci wracają więc do Wawra, odbierając po drodze informacje, że ścigani pojawili się w niedalekiej restauracji. Udają się prosto do lokalu Bartoszka.

 

Poszukiwany winny, pilne

 

Jest już późno. Za oknami sypie leniwie śnieg. Dookoła nic tylko cisza. Ten rodzaj ciszy, który nie zapowiada więcej ponad burzę. Mroźne powietrze rozpruje niebawem seria strzałów z borni palnej. Zginą ludzie. Teraz jednak policjanci chcą tylko schwytać ściganych od czterech miesięcy przestępców. Wchodzą do karczmy, od razu rejestrują siedzącego przy oknie mężczyznę, drugi stoi oparty o kontuar. Nie mają jeszcze pewności, że trafili na tych, których szukali. „Gdzie właściciel?” pytają Bartoszkowej. Kobieta wskazuje im przyległą izbę, w której śpi mąż. Kiedy jeden z Niemców kieruje się w stronę pokoju, gospodyni przysuwa się do niego na małą odległość i szepcze, że ci dwaj w środku to bandyci. To wystarcza. Policjanci bez zastanowienia zwracają się w stronę zbiegów. Nie zachowując żadnych środków ostrożności, rozkazują obecnym wylegitymować się. Nie zdejmują nawet karabinów z ramion. Jeden z przestępców bez chwili wahania wyjmuje rewolwer i strzela kilkakrotnie. Rani obu hitlerowców i Bartoszkową. Wszystko to dzieję się w przeciągu sekund. Potem rzucają się do ucieczki. Ranni Niemcy starają się ich złapać, ale jeden z nich pada martwy na progu lokalu. Drugiemu udaje się wybiec za przestępcami, ale traci siły i upada na śniegu. Umrze niebawem w drodze do szpitala. Polacy znikają wśród mroku. Nie ma szans, by ich dogonić. Ale niemiecka policja i tak znajdzie winnych. Poszuka w domach okolicznych mieszkańców. 

 

 

                      (źródło: Raporty Ludwiga Fishera, gubernatora dystryktu warszawskiego 1939-1944, Wydawnictwo                                                          Książka i Wiedza, Warszawa 1987)

 

Na kogo wypadnie

 

„Byłem w tym czasie w kasynie” wspomni w 1946 roku zastępca dowódcy pułku policji porządkowej Max Daume, zajmujący się sprawą postrzelenia niemieckich policjantów. Informacje o zdarzeniu dostaje o 21.30. Mniej więcej dwie godziny później wyrusza z Warszawy w stronę Wawra. „Zobaczyłem lokal, trupy, przede wszystkim interesowałem się śladami kul”. Podpułkownik wysłuchuje relacji świadków – policjanta Rozwadowskiego i Bartoszka. Już wie, że sprawcami zabójstwa Niemców byli groźni, ścigani od tygodni przestępcy. Ci jednak zdążyli już dawno opuścić Wawer. Karze więc tych, których ma pod ręką. Pierwszy ginie właściciel restauracji.

Antoni Bartoszek zostaje powieszony przy wejściu do własnego lokalu. Przesłanie jest oczywiste. Niemcy rządzą w mieście i nikt nie może czuć się bezpieczny. Co to dokładnie znaczy dowiedzą się za moment rodziny z I i II Poprzecznej. Do ich domów wejdą Niemieccy żandarmi, wybudzą wszystkich śpiących mężczyzn, wyciągną na zewnątrz, przesłuchają. Kobiety nie pożegnają mężów i synów. Są przekonane, że niedługo się zobaczą. Nie wiedzą, że za kilka godzin zginą prawie wszyscy.

 

Na dworze było ciemno

 

Niektórzy nie mieli nawet szansy ubrania się. „Na podwórze domu, w którym mieszkałem przybyło 10 żołnierzy. Zapytali, kto mieszka. Powiedziałem, że ja z matką i żoną i siostrą. Chodź z nami, mówię że dobrze, ale muszę się ubrać, bo przecież zebrałem się z łóżka. Odpowiedzieli: nie, zaraz – schnell” – wspomni Jan Bronisław Janikowski, jeden z niewielu, którzy przeżyli. Mimo że na zewnątrz było minus 18 stopni, policjanci nie tracili niepotrzebnie czasu. Niemiecki sąd doraźny działał błyskawicznie. Nie zważał, czy zatrzymywani mężczyźni byli mieszkańcami Wawra. Stanisław Pigat, który także uniknął śmierci, opowiadał: „kiedy wychodziliśmy stamtąd, to stali w dwóch rzędach i od razu bili. Ja też zostałem uderzony, ale nie przewróciłem się. Bili kijami i kolbami… Zanim wydali wyrok, żołnierze ciągle łapali karabiny i do nas mierzyli, mówiąc, że będą do nas strzelać. Kiedy bili, śmiali się i żartowali”. Tak wyglądała II Poprzeczna w Boże Narodzenia 1939 roku. Max Daume zapytany w trakcie procesu, czy widział, że aresztowani byli bici, odpowiedział: „na dworze było ciemno”.

 

Ile za Niemca

 

W ciemności zgromadzono 120- stu mężczyzn. Po kilku godzinach krążenia po okolicznych willach, Niemcy uznali, że liczba jest wystarczająca. Przeliczyli, że śmierć jednego żołnierza niemieckiego równa jest śmierci 60 Polaków. Choć początkowo planowano stracić 300-stu mieszkańców Wawra. Żaden z zatrzymanych nie wiedział, czemu właściwie wyciągnięto go z łóżka. W czasie przesłuchania nikt nie starał się wyjaśnić, za co mężczyźni zostali zatrzymani. Nie poinformowano ich, że biorą udział w procesie. Oskarżeni, o co? „Nie było wśród nas świadków”, dopowie Janikowski - „byli tylko obwinieni”.

Kilka godzin po przesłuchaniu, polegającym na podaniu jedynie swojego imienia, nazwiska i obywatelstwa, uznano 114 mężczyzn winnymi. Major Daume wyszedł na ganek komisariatu i odczytał wyrok, w myśl którego wszyscy zatrzymani zostali skazani na śmierć przez rozstrzelanie. Po kilku wykrzyczanych w szoku prośbach o ratunek, które Niemcy skutecznie uciszyli pałami, na Wawrze dało się usłyszeć już tylko „niech żyje Polska” i kilka serii z karabinów maszynowych. Wyprowadzani w kilkunastoosobowych grupach mężczyźni w wieku od 16 do 70 lat umierali pod drewnianym płotem, kilkaset metrów od swoich domów. W trakcie procesu Daume na pytanie sądu o przedmiot przesłuchania i winę zatrzymanych, przyznał, że „wina nie była badana”. Nie czuł się odpowiedzialny za śmierć mężczyzn, bo wydaniu wyroku „wrócił do Warszawy”… Podporucznik Daume wyrokiem Najwyższego Trybunału Narodowego został uznany winnym i skazanym na karę śmierci. Wyrok wykonano.

 

 

               Cmentarz Wojenny przy ul. Kościuszkowców w Wawrze (fot. wikipedia.pl)

 

Pamięć o ofiarach

 

Zwłoki rozstrzelanych na Wawrze od 1940 roku spoczywają na Cmentarzu Ofiar Wojny przy ulicy Kościuszkowców w Wawrze-Glinkach. W miejscu, w którym w czasie okupacji Niemcy dokonali pierwszej masowej zbrodni na ludności cywilnej do dziś stoi pomnik z nazwiskami wszystkich ofiar mordu. Co roku na tym wciąż ważnym dla wielu rodzin terenie władze miasta oddają hołd poległym. W 2011 roku zmarł Stefan Sawicki, ostatni świadek wydarzeń wawerskiej zbrodni. Prawie 75 lat temu cudem uniknął śmierci. Choć później żył już tylko z poczuciem winny wobec pozostałych, którzy nie mieli tego szczęścia. Sam nie nazywał swojego ocalenia szczęśliwym. Czasami mówił, że wolałby zginąć, jak jego ojciec, brat, szwagier i syn. I mimo że wszyscy świadkowie odeszli, warto znać historię miejsca, które dla naszego pokolenia nie znaczy więcej niż przestrzeń codziennych przechadzek. Warto chociażby po to, by docenić, jak wolni jesteśmy.

Wszystkim chcącym dowiedzieć się więcej na temat zbrodni wawerskiej z grudnia 1939 roku, polecam książki Henryka Pawlickiego „Wawer. 27 grudnia 1939 rok” oraz Jana Tyszkiewicza „Egzekucja ludności cywilnej w Wawrze 27 grudnia 1939”.

 

Paula Szewczyk

 

 

Warto odwiedzić